Teodor Mahler, poruszając się w malignie, kilka razy spadł z sań. Zmusiłem Brewstera, aby usiadł i pilnował go. Protestował, myśląc, że czynimy to tylko dla jego wygody, ale wreszcie posłuchał. Wszystko, co działo się po tym momencie, znalazło słabe odbicie w mej pamięci. Prawdopodobnie zapadłem w stan jakiejś półprzytomności, która umożliwiała mi wprawdzie automatyczne stawianie kroków, ale całkowicie stępiła świadomość. Ocknąłem się dopiero wtedy, gdy poczułem, że ktoś szarpie mnie za ramię. Był to Jackstraw. Proszę stanąć! zawołał mi do ucha. Musimy zatrzymać się, doktorze Mason, i poczekać, aż uciszy się wiatr. W przeciwnym wypadku nie wydostaniemy się stąd nigdy! Odpowiedziałem coś niezrozumiałego, co Jackstraw wziął prawdopodobnie za zgodę, gdyż skierował nas w stronę ściany lodowego wąwozu, gdzie jako tako osłonięci od wiatru, zatrzymaliśmy się pod śnieżną skarpą. Nie było to wymarzone schronienie, ale wicher nie dawał się tu tak bardzo we znaki. Zdjęliśmy z sań naszych chorych i wygrzebaliśmy w śniegu niewielką niszę. W chwili kiedy chciałem położyć się na lodzie, zdałem sobie sprawę, że kogoś brakuje. Po dobrych kilku sekundach pojąłem. Nie było między nami Brewstera. Wielkie nieba! zawołałem.

(Reklama: )
