My, na znak dawany przez Jackstrawa, ruszaliśmy również. Po kilku takich zatrzymaniach natrafiliśmy na psie sanie. Obok nich leżały przytulone do siebie dwa psy. Pokrywający je śnieg zapewniał im ciepło. Futro arktycznych psów jest tak gęste i stanowi tak znakomity izolator, że mogą one przy największym mrozie przez wiele godzin leżeć w śniegu i nie odczuwać zimna. Kiedy podeszliśmy bliżej, psy zerwały się i umknęły w śnieżycę. Wolały wolność niż nas. Nam pozostały sanie. Smallwood sądził prawdopodobnie, że znajdujemy się dość daleko, i pozbył się psów oraz sań, uznając je za niepotrzebny ciężar. Naturalnie odwiązał zwierzęta i zdemontował znajdujący się na saniach kompas. Myślał o wszystkim. W kilka minut po znalezieniu sań umieściliśmy na nich Marię le Garde, Mahlera oraz Helenę, związaliśmy pozrywane kawałki rzemieni i ruszyliśmy w drogę. Sanie ciągnęliśmy oczywiście sami. A mimo to odetchnęliśmy było nam trochę lżej. Nie na długo jednak. Mimo że poruszaliśmy się teraz po płaskiej powierzchni, posuwaliśmy się niewiele szybciej niż poprzednio. Wichura osiągnęła punkt kulminacyjny. Tumany śniegu zatykały nam oczy. Musieliśmy trzymać się razem, aby nikt nie został porwany przez szalejący żywioł.

(Reklama: )
