Wyobrażałem sobie, że Hillcrest, inteligentny przecież i sprytny, zdał sobie sprawę, iż zbrodniarze mogli udać się tylko w kierunku wybrzeża. Było to jednak tak oczywiste, że aż budziło wątpliwości. Nie można było też wykluczyć, że ruszył do Uplavnika. Mógł przecież wybrać drogę na zachód, ale posuwając się ruchem zygzakowym, metodycznie badając cały teren aż do wybrzeża. Gdyby zrobił tak rzeczywiście, to w tej chwili powinien znajdować się jakieś pięćdziesiąt kilometrów za nami. Ale było to tylko przypuszczenie. Równie dobrze mógł być oddalony od nas nawet o tysiąc kilometrów. Niestety, nie mieliśmy radia czy jakiejkolwiek innej możliwości nawiązania z nim kontaktu. Zatrzymaliśmy się po godzinie ósmej. Postanowiłem zbadać naszych chorych. Był to zresztą wyłącznie zawodowy odruch. Wiedziałem, że niewiele mogę dla nich zrobić co najwyżej wymasować ich, aby nie dopuścić do całkowitego zamarznięcia. Każdy oddech Mahlera pochłaniał ostatnie zapasy energii jego wychudzonego ciała. Nic nie było w stanie go uratować. Ciągnięcie go dalej z sobą było czystym szaleństwem, niepotrzebnym wysiłkiem. Był zupełnie nieprzytomny. Gdybyśmy pozostawili go na miejscu, umarłby prawdopodobnie cicho i spokojnie. Ale Mahler był dla nas czymś więcej niż człowiekiem, był symbolem. Mogliśmy pozostawić go dopiero wtedy, gdy wyda ostatnie tchnienie. Umierała również Maria le Garde. Ale umierała cichutko, spokojnie, jak dopalająca się świeca.

(Reklama: Radio frekwencja melody )
