Wreszcie nadszedł moment, gdy zrozumieliśmy, że przegraliśmy wyścig i należy się zatrzymać. Dzieliła nas od nich zbyt duża odległość, prawdopodobnie jakieś sześć kilometrów. Nie mogliśmy ich dogonić. Umieściliśmy Helenę na saniach i powierzyliśmy jej opiekę nad chorymi, a sami, założywszy rzemienie na ramiona, pociągnęliśmy zaprzęg. Huragan tak jak to przewidywał Jackstraw ustał nagle i na lodowcu zapanowała absolutna cisza. Przestał też padać śnieg. Ciężkie, niskie chmury zostały rozproszone i na czarnym niebie zaświeciły gwiazdy. Zrobiło się zimno, ale mróz był już naszym starym przyjacielem. O godzinie ósmej rano, w trzy godziny po tym, jak opuściliśmy nasze ostatnie miejsce postoju, zapanowała idealna do podróży pogoda. Cieszyliśmy się z tego, bo znajdowaliśmy się właśnie na lodowcu Kangalak, który stanowił niezwykle trudny teren. Lodowiec bardzo rzadko przypomina zamarzniętą rzekę o idealnej powierzchni. Najczęściej jest pofałdowany, pocięty dziesiątkami szczelin, podobny do zastygłego pola lawy.

(Reklama: )
